O tym jak ogarnięta dolegliwościami odbyłam nowe przygody na drogach

W ostatni weekend (czyli – o zgrozo! – już prawie tydzień temu) zafundowalam sobie była rozmaite przypadłości natury zdrowotnej.

W sobote targałam ciężkie pudła w te i wewte po piętrach (o targaniu napiszę kiedyś osobno), a w niedzielę pojechaliśmy na długi spacer do Thetford Forest.

W lesie początkowo grzecznie dreptaliśmy wyznaczoną trasą. Ale kilka minut później zeszliśmy (bez przyczyny) z oznakowanej trasy i ruszyliśmy przed siebie, mając przy tym nadzieję, że oznakowania nadal będą nam towarzyszyć. Tymczasem im dalej w las, tym oznaczeń bardziej nie było. Niezrażeni kontynuowaliśmy wycieczkę w kierunku przed siebie. Po kilku godzinach stwierdziliśmy jednak, że czas wybrać jakiś konkretniejszy azymut, najlepiej taki, który pokrywa się z miejscem pobytu auta. W tym celu nastawiliśmy uszu. Należało ustalić gdzie biegnie szosa, gdyż parking leżał przy samej drodze. Wysłyszeliśmy w końcu pojazdy. Ruszyliśmy. Szybko okazało się, że ambitnie dotarliśmy na sam kraniec lasu. Czyli czekał nas długi marsz do parkingu. Pod koniec drogi moja torebka (standardowe wyposażenie kobiety w lesie) ważyła tyle co ja.

Organizm wyraził bunt przeciwko weekendowej eksploatacji już w poniedziałkowy ranek. W mięśniach nóg czułam przebyte na leśnych duktach mile. Oraz poczułam cieleśnie co oznacza angielskie wyrażenie „pain in the neck”. Szyja tkwiła w usztywnieniu i dotkliwie protestowała przeciwko jakimkolwiek ruchom, przede wszystkim horyzontalnym. Prowadzenie auta oraz wszelkie inne czynności ruchowe okazały się wyzwaniem.

We wtorek sytuacja nadal była bolesna, a należało stawić się na wizytę u homeopatki (o tym w osobnym pościku). Gabinet znajdował się w odległości dwóch godzin jazdy autem…

Na trasie doznania fizyczne zmieszały się z warunkami atmosferycznymi w piekną mieszankę typu survival. Na M25 (obwodnica Londynu) cięła ulewa na auta, a auta cięły przed siebie, dzięki czemu przede mna panował obraz jak na safari, tyle że zamiast tumanów kurzu pryskała wszędzie woda.

W dodatku, nie bacząc na warunki drogowe, postanowiłam zdobyć nową umiejętność. Pan z nawigacji, wypożyczonej na czas wizyty lekarskiej, oświadczył, że do miejsca przeznaczenia mogłabym się dostać w dużo krotszym czasie. Gabinet mieści się rzut beretem od przyjaciółki Violetty, więc w tę okolicę jechałam już dziesiątki razy, zawsze tym samym zestawem autostrad i zawsze jazda zajmowała mi bite dwie godziny. A tymczasem ten pan twierdził, że da się w godzinkę piętnaście. I jak tu się nie zainteresować…

Pokusa, owszem, wielka – tylko jak tu porzucić bezpieczną, bo już dobrze znaną trasę, a do tego zaufać maszynce, nawet jeśli mówi do człowieka uwodząco miłym męskim głosem? A jak ten pan się zgubi w gęszczu szos? Taką skomplikowaną trasę wymyślił… Namyślałam się całą drogę w te.

W drodze wewte postanowiłam zaryzykować. Tadam! Wyszłam daleko poza swoją strefę komfortu i zdałam się całkowicie na nowoczesną technologię. (Przemknęło mi jeszcze przez unieruchomioną dolegliwościami głowę, że w razie czego na tylnym siedzeniu leży gruba, bardzo drukowana mapa…).

Jechałam jak po sznurku. Głęboki, uprzejmy głos dawał mi jasne instrukcje, prowadząc mnie płynnie z jednej drogi na drugą.

Dotarłam do domu cała, zdrowa i triumfalna. Kolejny strach opanowany!

Miłego weekendu wszystkim 🙂 My już w trasie. Szczegóły wkrótce.

P. S. Na zdjęciu huśtawka w Thetford, która mnie absutnie zachwyciła.

image

Jedna odpowiedź na “O tym jak ogarnięta dolegliwościami odbyłam nowe przygody na drogach”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s